WIST PREZESA.

To prawda, że zmiana na stanowisku premiera z Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego dokonana 12 grudnia 2017 r.  nie została dostatecznie wytłumaczona przez  Prezesa. Niemniej jednak nie była działaniem przypadkowym, co potwierdza analiza wydarzeń ostatnich miesięcy.

Prezes jest zdecydowanym przeciwnikiem politycznego i ideologicznego uzależnienia od Niemiec, które posługują się jak dobry kowal cęgami w postaci instytucji UE, przede wszystkim  zaś używają Komisji Europejskiej. A jeżeli mówimy o Niemcach, to od razu trzeba brać pod uwagę Rosję, ponieważ miłość Niemiec do Rosji po 1945 roku jest bezgraniczna, i co więcej odwzajemniona. W tym miłosnym uścisku dwóch naszych sąsiadów dla Polski nie ma wiele miejsca. Rząd Beaty Szydło przez dwa lata nie wykazywał woli poddania się  pod niemiecki but w kwestii polityki migracyjnej i reform sądowych. Prezes skalkulował, że mocny atak na Polskę Angela Merkel przypuści po wygranych  we wrześniu 2017 r. przez CDU/CSU wyborach do Bundestagu. O wygranej wyborów mówiły wszystkie sondaże, więc można było przyjąć to za pewnik.

Dalej, Prezes  mógł wziąć pod uwagę okoliczność, że  po podpisaniu przez Lecha Kaczyńskiego Traktatu lizbońskiego od 2009 r. suwerenność Polski w UE jest sprawą względną, ponieważ Traktat ten pogłębia postanowienia Traktatu z Maastricht z 1993 r., na mocy którego UE z konfederacji państw przechodziła w  formę federacji, czyli państwa z jednym kierownictwem – Komisją Europejską. W tej nowej UE po Traktacie lizbońskim całkiem możliwe jest dyscyplinowanie w dowolnym obszarze państw członkowskich, które nie chcą słuchać mądrości płynących z Berlina i Paryża. Słowem – obecna sytuacja, kiedy to Polsce Komisja Europejska grozi represjami na podstawie  art. 7 Traktatu, nie jest jakimś matrixem, tylko realnością wynikającą z przyjętych zapisów Traktatu lizbońskiego. Nawiasem mówiąc, jak nisko żeśmy jako państwo upadli, jeśli KE chce Polskę karać za ustawy dotyczące sądownictwa, które nawet jeszcze nie weszły w życie.

Prezes musiał też wziąć pod uwagę, że   zawetowanie w lipcu 2017 r. przez prezydenta A. Dudę ustaw o SN i KRS oznaczało wolę politycznego usamodzielnienia się Prezydenta i prowadzenie przez niego polityki niekoniecznie zbieżnej z wizją Prezesa. Prezydent pokazał swą niechęć wobec Z. Ziobry i wobec A. Macierewicza, czyli tym samym pokazał swą wrażliwość  na głosy opozycji, która swej wrogości wobec tych dwóch ministrów nie ukrywała. Nie bez znaczenia dla oceny zachowania A. Dudy przez Prezesa był fakt, że zawetowanie ustaw o SN i KRS nastąpiło po 45-minutowej rozmowie Prezydenta z A. Merkel.

Prezes doszedł do wniosku, że należy przestać liczyć w 100 % na Prezydenta w dalszym reformowaniu kraju. Zdał sobie sprawę, że  jego własne pole manewru znacznie się zawęziło. Prezes uznał, że w obliczu planowanego przez Niemcy i Francję ataku na Polskę musi dokonać przegrupowania. Kierunek mógł być tylko jeden – odwołanie się w tej gęstniejącej sytuacji do Stanów Zjednoczonych.  A USA to nie tylko D. Trump, ale przede wszystkim amerykańscy Żydzi, którym  Trump od zakończenia wyborów nie szczędzi dowodów swej sympatii.  Najwidoczniej już nie pamięta, jak w kampanii wyborczej stwierdził, że nie potrzebuje żydowskich pieniędzy, bo ma własne.

Wzmocniona kuratela amerykańska nad Polską musiała być zaznaczona przez zmianę wizerunkową polskiego rządu. Prezes już we wrześniu postawił na M. Morawieckiego, który poleciał do Stanów w towarzystwie brytyjskiego Żyda Jonny’ego Danielsa, prezesa fundacji From the Depths, prezentującego się w mediach jako polonofil. W Stanach Morawiecki odbył szereg rozmów politycznych. Pokazał się w w środowisku żydowskich bankierów, czego konsekwencją była deklaracja JP Morgana o otwarciu banku w Warszawie. Na warszawskiej uroczystości wręczania odznaczeń im. Żabińskich, M. Morawiecki ujawnił swoje żydowskie pochodzenie. Wizerunek przyszłego premiera został pospiesznie opinii publicznej nakreślony, ale miał same mocne strony: Mateusz Morawiecki to syn Kornela – niezłomnego przywódcy „Solidarności Walczącej” z lat 80-tych XX w., to polski patriota o żydowskich korzeniach, ale światowiec, były bankier,  ale z sukcesami w walce z mafiami  VAT-owskimi, jakie odniósł jako wicepremier polskiego rządu. Nie można mieć AD 2017 lepszych rekomendacji, aby zostać polskim premierem.

Kierunek polityki zagranicznej rządu M. Morawiecki ujawnił już w przemówieniu 12 grudnia w Sejmie, kiedy ani razu nie wymienił Niemiec i Chin, potwierdził, że najważniejszy sojusznik Polski to USA, a polskie zainteresowanie zewnętrzne to Grupa Wyszehradzka, Trójmorze, Ukraina, Gruzja. Jeśli idzie o UE, to oświadczył, że nie zrezygnujemy za naszej tożsamości. Merytoryczne przygotowanie do nowej roli M. Morawiecki pokazał podczas odpowiedzi na zaczepki opozycji. Nie wdał się w pyskówkę, czyli wymianę złośliwości, tylko z wyżyn wiedzy, jaką posiada premier,  odpowiedział im w takim stylu, jakby miał przed sobą mędrców zatroskanych o byt ojczyzny, a nie sforę nienawistników i półgłówków.

Walec unijny, który ma przygnieść Polskę,  jest bezlitośnie popychany przez A. Merkel i E. Macrona. Działania te z szaloną determinacją wspierają polscy volksdeutsche z PO, Nowoczesnej, KOD-u, Ubywateli RP,  celebryci i „autorytety moralne” spod znaku „GW”, „Newsweeka”, TVN, czy postacie typu L. Wałęsa, zwolennicy przyłączenia Polski do Niemiec. Rdzeniem tej totalnej opozycji  są rozwiązane w 2006 roku przez A. Macierewicza Wojskowe Służby Informacyjne  i zwerbowana przez nie w ciągu 16 lat ich legalnej działalności w RP agentura umieszczona w mediach i sądownictwie. Merkel na razie ma sama kłopoty, ponieważ od wyborów we wrześniu 2017 r. nie może sklecić koalicji do rządzenia Niemcami. Macron dostał prztyczka w nos od własnego rządu, ponieważ to z rządu wyszła wiadomość, że caracalle, których zakupu Polska odmówiła,  mają znikomą wartość bojową. Wiadomość pojawiła się tuż przed szczytem w Brukseli, podczas którego E. Macron rozmawiać miał z M. Morawieckim – spodziewam się, że z założonej pozycji wyższości. Nie sądzę, aby taka kompromitująca Macrona wiadomość mogła się pojawić bez pomocy naszych amerykańskich przyjaciół.

M. Morawiecki oświadczający w mediach, że nie jesteśmy w UE petentem i UE nie będzie nam mówić, jak ma wyglądać nasze sądownictwo, wyraźne stawia sprawę na ostrzu noża. Jeśli to robi, to jest pewien amerykańskiego wsparcia. Po raz kolejny komunikuje to A. Merkel i E. Macronowi, ale – jak pokazuje niedawna historia – szybkie rozumowanie nie jest ich mocną stroną. Przykładowo A. Merkel dopiero po 11 miesiącach od zaproszenia w dniu 5 września 2015 r. ludów Afryki i Azji do Niemiec przyznała, że mogą istnieć związki między falami przybyszów a  atakami terrorystycznymi. Na świadomość A. Merkel prędzej wpłynąłby raport BND,  że Prezesowi udało się „odwrócić” część pozostającej na niemieckiej służbie polskojęzycznej agentury.  „Odwrócenie” mogłoby polegać na tym, aby b. WSI poszło na służbę do Amerykanów zamiast służyć Niemcom. Czy Prezes się na pewne kroki w tej kwestii zdecyduje, zobaczymy po tym, jaki będzie skład rządu M. Morawieckiego.

Za to amerykańskie wsparcie przeciw Niemcom i Rosji przyjdzie Polsce płacić. Nie tylko poprzez przyzwolenie na pasożytowanie agenturze na organizmie Rzeczypospolitej. Nie tylko w ten sposób, że Amerykanie pozwolą nam zakupić za ciężkie pieniądze rakiety patriot. Chodzi o sprawę znacznie poważniejszą, o uregulowanie przez Polskę żydowskich roszczeń do mienia bezspadkowego, które wyceniono na 65 mld $. Tego żądają od dawna Żydzi amerykańscy, a do żądań dołączył także rząd Izraela. Czyli wraca w szalonym tempie temat, który w marcu 2017 r. Prezes w wypowiedzi na YouTube określił jako bardzo odległy, wręcz mało rzeczywisty, bo nie oparty na zasadach prawa.

Jeżeli Prezes we wrześniu 2017 r. zdecydował się na wzmożoną opiekę amerykańską, to czy można sądzić, że Żydzi, którzy trzęsą światową polityką,  za darmo nas obronią przed Niemcami i Rosją? Wiadomo, że nie. A dalej. Czy to naprawdę kosztuje to u nich tylko 65 mld $?

Reklamy

OKAWANGO.

Minęły wakacje, które nam zafundował Prezydent. Zgłoszone przez niego nowe projekty ustaw o SN i  KRS pokazały, że  nie udało się Prezydentowi zadowolić wszystkich: i rząd i opozycję.

W kwestii reformy sądownictwa (ustawa o SN i ustawa KRS) stoję po stronie Prezesa. Kierunek działania Prezesa jest dla mnie jasny. Dla mnie to Prezes w sytuacji sporu z Prezydentem określi granice kompromisu między Krakowskim Przedmieściem 48/50 a Wiejską 4/6/8, czyli Prezes określi granicę, poza którą Prawo i Sprawiedliwość nie może przejść. Problem w tym, aby Prezydent uznał tę granicę jako własną.

Polityk z ambicjami działający w ustroju republikańskim musi mieć nosa do oczekiwań społecznych. Ambitny polityk powinien mieć zdolność wyczuwania tego, co ludziom jest naprawdę potrzebne, co naprawdę jest dla nich najważniejsze.  Na to, co swym nosem wyczuje taki ambitny polityk, musi formułować adekwatną odpowiedź. Jego pozycja na scenie politycznej zależy od wielu okoliczności zewnętrznych, ale jeśli ambitnemu politykowi zależy na tym, aby zapisać się dobrze w historii, powinien się skupiać przede wszystkim na doskonaleniu się w zdolności odczytywania tego, czym żyje społeczeństwo i odpowiednim na to reagowaniu.

Angielski teoretyk geopolityki, Halford Mackinder, sto lat temu takie obiektywne uwarunkowania charakteryzujące zorganizowane społeczeństwa nazwał  „rosnącym niepokojem” (ang. going concern). Jest to nic innego, jak zjawisko obiektywnych, niepowstrzymanych trendów społeczno-gospodarczych, np. będzie to gwałtowne starzenie się społeczeństwa albo wchodzenie w życie dorosłe wyżu demograficznego. Zjawisko „rosnącego niepokoju” to coś w rodzaju podstawowych praw fizyki, jak prawo ciążenia, prawo tarcia, zasady dynamiki, czyli coś o wielkim ciężarze gatunkowym. Na takie obiektywnie zaistniałe zjawisko należy w makroskali znaleźć polityczną odpowiedź, aby rosnący niepokój rozładować.

Odpowiedź Prezesa na rosnący niepokój roku 2015 (kompromitacja podsłuchanych polityków PO, liczne afery finansowe narosłe ciągu 8 lat rządów PO-PSL, zalew  Europy Zachodniej przez  imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki zaproszonych przez A. Merkel i perspektywa wepchnięcia przydziału tych imigrantów do Polski) jest znana: to program dobrej zmiany, który dał wygraną Prawu i Sprawiedliwości w wyborach prezydenckich i parlamentarnych, możliwość sformułowania rządu i konsekwentną realizację zapowiadanych zmian pod hasłem obrony suwerenności, ukrócenia złodziejstwa, zapewnienia bezpieczeństwa i sprawiedliwszego podziału owoców wzrostu gospodarczego. Wszystkie te działania służą przekreśleniu układu okrągłostowego, który usankcjonował władzę postkomunistycznych środowisk w nowej rzeczywistości ustrojowej.  Ostateczne zerwanie z postkomunistycznym układem jest jednak niemożliwe bez reformy sądownictwa, które nie zostało po roku 1989 poddane rozliczeniu.

Dlaczego Prezydent stawia opór w kwestii reformy sądów?  Na jaki „rosnący niepokój” społeczny odpowiada swoją postawą?  Jak to wytłumaczyć?

Na przykład tak, że najwidoczniej Prezydent doszedł  do wniosku, że mimo społecznego poparcia dla PiS-owskiej wizji reformy sądownictwa (sondaże) stary układ postkomunistyczny jest za silny. Ten układ tworzą proniemieckie PO i Nowoczesna ze wsparciem PSL, rozwiązane w 2006 r. WSI i ich agentura rozmieszczona w środowisku prawniczym, dziennikarskim i przemyśle rozrywkowym, wrogie rządowi media będące głównie w rękach niemieckich, zdominowana przez ideologię lewacką elita państw Zachodu wrogo nastawiona do aspiracji wyrażanych przez rząd PiSu. Widocznie Prezydent uznał, że  nie będzie się podkładał i podpisywał ustaw reformujących SN i KRS według wizji Prezesa, bo  zwycięstwo  i tak ostatecznie przypadnie wrogom Polski, a on osobiście na tym bardzo przegra. Dla zwolenników Prawa i Sprawiedliwości  jest jasne, że Prezydent przeszedł do obozu zdrady.

Może jednak jest tak, że naprawdę Prezydent chciał przy okazji tych ustaw o SN i KRS przeprowadzić test, jaki powinien być w Polsce ustrój: parlamentarno-gabinetowy czy prezydencki? Test dał mu odpowiedź ustami Prezesa, że w polskich realiach model prezydencki się nie sprawdzi.

Wątek związany z rozmową z A. Merkel, która poprzedziła weta, jest trudny do interpretacji w chwili obecnej. Czas pokaże, czy rozmowa ta miała istotne znaczenie dla decyzji Prezydenta..

Zostaje wyjaśnienie, że Prezydent współpracuje z Prezesem nad  tym, co najważniejsze, nad marginalizacją politycznej reprezentacji w Polsce interesów niemieckich, a ponieważ Niemcy są największymi przyjaciółmi Rosji, więc i rosyjskich. Najwięcej szkody Polsce czynią demokratycznie wybrani politycy PO i Nowoczesnej przez fakt, że w swej antypolskiej działalności powołują się na demokratyczny mandat, który dali im wyborcy. To hałaśliwe miernoty typu G. Schetyna, B. Budka, R. Petru i jego fraucymer stwarzające polityczną czapę dla „spontanicznych” protestów i to oni firmują donosy na Polskę do unijnych instytucji.

Prezes uznał, że sprawa reformy sądownictwa jest dobrym polem decydującej konfrontacji z całym tym towarzystwem, a Prezydent złapał wiatr w żagle i także uznał, że może przy umiejętnej współpracy z Prezesem zrealizować  osobiste plany dotyczące spraw kompetencyjnych, a nawet ustrojowych. (Nawiasem mówiąc – podobnie było w latach 2005-2007, kiedy Prezes uznał za szkodliwe dla Polski takie formacje jak Samoobrona i LPR – skutecznie je z polskiej sceny usuwając). Totalna opozycja broniąc tego, co jest, stawia się w konfrontacji z nastrojami społecznymi na przegranej pozycji. A do resetu jest niezdolna intelektualnie i moralnie. Prezesowi  chodzi o to, aby opinia społeczna jednoznacznie oceniła PO,  PSL i Nowoczesną jako partie broniące obcych interesów,  nastawione przy tym na totalne pasożytowanie na państwie, wrogie polskości, rodzinie i wierze katolickiej, których b. lidera stać było jedynie na program „ciepłej wody w kranie”. To wszystko prawda, ale w demokracji ważniejsze od prawdy jest społeczne przekonanie, co jest prawdą, przekonanie  do pewnego kierunku myślenia i odczuwania. To właśnie gwarantuje stabilność rządów.  Aby taki stan rzeczy osiągnąć – Prawo i Sprawiedliwość jest na najlepszej drodze. A wtedy obecny problem z PO, PSL i Nowoczesną rozwiąże się przy urnach wyborczych.

Pisałem, że weta Prezydenta w czerwcu br. dla ustawy o SN i ustawy i KRS wypuściły powietrze z totalnej opozycji. Minęły wakacje, a nastroje społeczne w kwestii sądów nie zmieniły się. Wola PiS-u jest niezmienna: żadnych pozornych zmian w sądownictwie. Taki silny komunikat płynie w kierunku Prezydenta.

Czy możliwy jest inny finał, jak porozumienie między Prezydentem i Prezesem, uchwalenie ustaw i wejście ich w życie?

Tak. Możliwe są ponowne weta Prezydenta, niemożność ich odrzucenia przez Sejm i pozostawienie porządków w sądownictwie  po staremu. Tak, to jest możliwe, ale taką sytuację zrozumiałbym tylko wtedy, gdyby w obronie Sądu Najwyższego z zachodu wkroczył nagle Wehrmacht, a ze wschodu Armia Czerwona. I Prezydent miałby poprzez weta możliwość uratować Polskę od nowej okupacji. Tylko wtedy wyraziłbym zrozumienie dla wet Prezydenta.

Jest powszechnie wiadome, że rzeki wpadają do innych rzek lub do jakiegoś morza albo oceanu. Jest jednak jeden wyjątek To afrykańska Okawango, rzeka licząca ok. 1600 km (Wisła ma niecały tysiąc), która ginie w piaskach Kalahari, w bagnistym wąwozie na skraju pustyni.  Przed otwarciem takiej perspektywy dla Polski stoi Prezydent, jeśli wywinie orła i ponownie zawetuje ustawy.

 

EPITAFIUM DLA RYSZARDA MICHALIKA.

Dziś pożegnaliśmy nieoczekiwanie zmarłego Ryszarda Michalika. Ks. Andrzej Mucha odprawiający nabożeństwo żałobne w kościele pw. Wniebowzięcia NMP pożegnał śp. Ryszarda jako męża, ojca, pracodawcę, sąsiada. To wszystko prawda. Czuję się jednak w obowiązku poszerzyć to pożegnanie i chcę przywołać dwa zdarzenia,  w których Ryszard odegrał wiodącą rolę, a o których należy zachować pamięć.

Otóż, Ryszard na krótko trafił do lokalnej polityki. W roku 1998 byliśmy w jednym niepartyjnym komitecie wyborczym o nazwie „Katolicy razem”. Ja kandydowałem do Rady Powiatu Sierpeckiego, a Ryszard do Rady Miejskiej.  Obaj zostaliśmy radnymi. W Radzie Powiatu było nas 5 radnych „Katolików”, ale  przez pierwsze 3 lata pozostawaliśmy w opozycji do rządzącej koalicji PSL-SLD, a na przewrocie, jaki się dokonał w ostatnim roku kadencji, nasze ugrupowanie nic nie zyskało.

Natomiast w Radzie Miejskiej było 4  radnych „Katolików” z Ryszardem na czele. W RM III kadencji karty rozdawał Kajetan Dobrosielski z SLD, który dysponował 9 głosami. Grupa ta decydowała o osobach funkcyjnych, czyli kto będzie burmistrzem, wiceburmistrzem, jaki będzie skład Zarządu Miejskiego (wówczas jeszcze ciałem wykonawczym był Zarząd, a dopiero od 2002 r. jest nim jednoosobowo burmistrz). Kajetan Dobrosielski, który prawdziwą karierę zrobił w SB i doszedł do stopnia, o ile się nie mylę,  podpułkownika, był naturalnym i jak to się mówi – niekwestionowanym przywódcą grupy radnych miejskich.  Był umocowany politycznie jako szef sierpeckiego biura  wpływowego posła SLD – Piłata i miał wyraźne przełożenie na klub radnych SLD w powiecie. Trzeba powiedzieć, że po 1989 r. nikt jak dotąd w Sierpcu nie miał tak szerokiej władzy politycznej na przełomie 1998/1999 obejmującej miasto i powiat jak Kajetan Dobrosielski. Nadana mu  ksywka „Generał” stanowiła w apogeum jego wpływów wyraz uznania dla jego możliwości, a dopiero później, gdy utracił znaczenie, nabrała rzecz jasna innego zabarwienia.

Do konfrontacji z Kajetanem dość szybko zaczął przeć jego pupil, Grzegorz Korytowski, ówczesny wicestarosta, który zapragnął samodzielności w powiecie, a na przeszkodzie stał oficer prowadzący zwany Generałem. Skwituję krótko, że plany Grzegorza Korytowskiego zakończyły się powodzeniem.

Natomiast na forum Rady Miejskiej konfrontację z Generałem zorganizował Ryszard Michalik. Każdy, kto choć trochę czynnie zajmował się polityką choćby na najniższym poziomie, wie, ile polityka pożera czasu, ile energii trzeba dać z siebie, aby utrzymać przy sobie zwolenników, ile wreszcie trzeba mieć szczęścia, aby zrealizować jakiś drobny cel. A Ryszard dał sobie ze wszystkim radę. O jego skuteczności świadczy fakt, że nie tylko usunął ze stanowiska wiceburmistrza Bogdana Żmijewskiego – protegowanego Generała, ale potrafił obsadzić na tym stanowisku samego siebie. Słowem- Ryszard Michalik w III kadencji RM był nie tylko radnym, ale i wiceburmistrzem. Na tym stanowisku dotrwał do końca kadencji.

Wyczyn Ryszarda oceniam wysoko. Doprawdy, amator zdołał przechytrzyć Generała, znawcę i praktyka socjotechnik władzy!

Jeszcze jest jedna sprawa, o której chcę koniecznie powiedzieć. Otóż, Ryszard doprowadził do tego, że w domach wielu sierpczan znajduje się opasłe tomisko pt. Dzieje Sierpca i ziemi sierpeckiej. Jest to dzieło życia nieżyjącego już Władysława Gąsiorowskiego – b. prezesa sierpeckiego oddziału Towarzystwa Naukowego Płockiego. Przez z górą 10 lat Władysław Gąsiorowski gromadził materiały i opracowania, które w zamyśle miały się złożyć na poważne kompendium wiedzy o naszym terenie. W czasie, gdy byłem burmistrzem, przyznałem jakieś pieniądze dla autora któregoś rozdziału przyszłego dzieła, bo przecież p. Władysław nie miał pieniędzy, aby uregulować należność. Około roku 2000 wszystkie materiały, które miały wejść do książki,  zostały zgromadzone. Każdy, kto widział tę ilość maszynopisów i fotografii, a trochę orientował się w sprawach wydawniczych, łatwo dawał się przekonać, że poznawczo książka będzie cenna, ale jej wydania nie sfinansuje żadna zbiórka datków od zakładów pracy i osób prywatnych. Tę książkę mogło wydać jedynie miasto i sfinansować to przedsięwzięcie  z budżetu. Tak rozumował Władysław Gąsiorowski, ale na jego oczekiwanie nie było pozytywnej reakcji ze strony ojca miasta.

I wtedy to wiceburmistrz Ryszard Michalik stał się gorącym zwolennikiem wydania dzieła przez Miasto Sierpc. Jako przewodniczący obradom Zarządu Miejskiego pod nieoczekiwaną nieobecność burmistrza doprowadził do stosownego głosowania. Jego szczególną i przełomową rolę, jaką podegrał w całej sprawie, podkreśla obecność jego nazwiska w składzie redakcji tomu. „Dzieje Sierpca i ziemi sierpeckiej”  zostały wydane w 2003 r., kiedy już Ryszard wypadł z lokalnej polityki, a podczas promocji książki cały splendor spadł na burmistrza Marka Kośmidra. Tak to już bywa w polityce.

Pozycji „Dzieje Sierpca i ziemi sierpeckiej” z roku 2003 jak dotąd nie zagroziła żadna z wydanych publikacji historycznych.

Wspominam Ryszarda Michalika w kontekście zarówno popisowego numeru z Generałem, jak i w kontekście ważnego dla Sierpca dzieła.    Wspominam i dzielę się tym wspomnieniem.

PREZENT PREZYDENTA.

Prezydent A. Duda, wetując ustawy o SN i KRS, faktycznie spuścił powietrze z opozycji totalnej i podarował nam wszystkim trochę wakacji.  Koniec wolnego został wyznaczony na wrzesień, kiedy to Prezydent ma przedstawić w Sejmie swoje propozycje tych ustaw. Obszczekujący Polskę na polecenie Niemiec wiceprzewodniczący KE – F. Timmermans też wskazał na wrzesień jako koniec polskich wakacji. Wreszcie wrzesień to miesiąc wyborów do Bundestagu, a w tych wyborach CDU/CSU liczy na miażdżące zwycięstwo i przedłużenie władzy dla Kanzlerin A. Merkel.

Weta Prezydenta gwałtownie zmieniły obraz polskiej sceny politycznej. Prezydent poprzez weta wyłamał się z trybów machiny władzy zbudowanej przez Prezesa. W związku z tym zaczął się cieszyć sympatią wszystkich antypolskich sił w kraju z częścią  środowiska sędziowskiego  na czele.

Zachowanie Prezydenta jest tłumaczone na różne sposoby. Na dzień dzisiejszy można przyjąć je wszystkie razem, a mianowicie, że:

1. Prezydent od początku kadencji nowego Sejmu był lekceważony przez własne środowisko polityczne, które jego podpis  pod ustawami – jakiej by te ustawy nie były jakości –  traktowały jako pewnik.  Prezydent postanowił pokazać, że ustaw pisanych niedbale i słabo z nim konsultowanych przed uchwaleniem, a na tę niedbałość zawetowanych ustaw wskazywały w mediach nawet osoby życzliwe obecnej władzy, nie będzie podpisywał.

2. Prezydent został przez A. Merkel zarówno przestraszony jak i przekupiony  w 45-minutowej rozmowie, jaką z nim odbyła niemiecka kanclerz. Nie można wykluczyć, że A. Merkel, chcąc mieć w Polsce spokój, zanim nie zostanie znowu kanclerzem, zwróciła się do A. Dudy z apelem, aby spacyfikował czasowo sytuację w Polsce, gdyż awantury w Warszawie przeszkadzają jej w kampanii wyborczej. Po prostu A. Merkel nie chciała, aby w wakacje eskalować napięcie w Polsce, gdyż to nie jest dobry czas na obalanie rządu PiS-u, na czym wprawdzie jej bardzo zależy, ale do tej sprawy musi mieć swobodne ręce. Możliwe więc, że była to tylko prośba o przysługę połączona z zawoalowaną groźbą, a to już samo z siebie dowartościowało Prezydenta i zdecydował się pomóc niemieckiej przyjaciółce Polski i zarazem pozwolić rządowi złapać oddech. Możliwe też, że rozmowa z A. Merkel zawierała propozycję jakiejś nagrody dla  A. Dudy za spacyfikowanie napięcia w polskiej polityce i Prezydent tym chętniej przychylił się do uznania politycznych racji wyłożonych mu przez A. Merkel  i dał się skorumpować, myśląc przy okazji  o własnej przyszłości.

3. Prezydent nie zdradził Prezesa, nie zdradził PiS-u, nie zdradził obozu patriotycznego, nie poszedł na służbę do Niemców, tylko postanowił – wykorzystując okazję – wykazać ułomność polskiego systemu władzy opisanego w Konstytucji z 1997 r., w którym to systemie prezydent posiadający mandat od całego narodu, czyli mandat najsilniejszy z istniejących, nie ma wielkich kompetencji w sprawowaniu władzy wykonawczej, co więcej, jego władza jest kwestionowana i ograniczana. Dam przykład. Prezydent ułaskawił M. Kamińskiego, korzystając z prawa podanego wprost w Konstytucji. Akt łaski  jest starym prawem osób panujących i może być zastosowany przez władcę w każdej chwili. Z aktu łaski władca nie tłumaczy się. A prezydent jest przecież w ustroju republikańskim odpowiednikiem księcia-króla-cesarza.  Tymczasem Sąd Najwyższy postanowił zakwestionować łaskę Prezydenta A. Dudy dla M. Kamińskiego, ponieważ Prezydent zdaniem SN zastosował ją przedwcześnie. Postawa SN w tej sprawie jest  skandaliczna, ale jest faktem, który może zaistnieć dzięki Konstytucji. Przykład ten dowodzi, jak fatalnie jest w Konstytucji z 1997 r. skrojony podział ról między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Dobra konstytucja określać powinna kompetencje władz w taki sposób, aby nikt nie miał wątpliwości. Widocznie Prezydentowi A. Dudzie chodzi o to, aby w wyniku wytworzonej przez niego sytuacji dać do myślenia narodowi, jaka powinna być przyszła konstytucja, jaki system jest najlepszy dla Polski: parlamentarno-gabinetowy czy prezydencki. Przy czym obie opcje są możliwe.

 Przyznać należy, że gra, jaką zaczął Prezydent A. Duda prowadzić,  w chwili obecnej raczej pomnaża niebezpieczeństwo, jakie wisi od 2 lat nad Polską ze strony Niemiec (i Francji). Jest to jednak obraz widziany w tzw. krótkiej perspektywie. Nie mogę przecież wykluczyć, że Prezydent wie, co robi, że nie prowadzi naszej łódki na skały podczas trwających jeszcze wakacji AD 2017, jakie nam zafundował.

TAŃCZĄCYM Z ANGELĄ MERKEL.

Przychylam się do zdania tych, którzy uważają, że wizyta prezydenta USA – D. Trumpa w Warszawie w dniu 7 lipca, jego rozmowa z prezydentem RP – A. Dudą, przemówienie na pl. Krasińskich oraz uczestnictwo w spotkaniu szefów 12 państw Trójmorza ma dla Polski i dla Europy Środkowej ogromne znaczenie.

Szczególną wagę przywiązuję do obecności prezydenta Stanów Zjednoczonych podczas spotkania państw Trójmorza. W tej inicjatywie, której przewodzi Polska, uczestniczą: Czechy, Słowacja, Węgry,  Litwa, Łotwa, Estonia, Chorwacja, Słowenia, Bułgaria, Rumunia oraz Austria. Charakter tej politycznego przedsięwzięcia przywodzi na myśl inicjatywę Włoch,  Jugosławii, Węgier, Austrii z 1989 r. (quadrogonale), która  po przystąpieniu do porozumienia Czechosłowacji i Polski (1991) przekształciła się w heksagonale, a w chwili obecnej liczy 18 państw z Ukrainą włącznie.    Heksagonale powstało na skutek zarysowującej się próżni politycznej w Europie Środkowej po planowym wycofywaniu się z tych obszarów Związku Sowieckiego.

Pierwszy sygnał o rezygnacji Sowietów z wyścigu zbrojeń przekazał R. Raeganowi M. Gorbaczow podczas spotkania w Reykjaviku w 1986 r. Przywódcy obu państw w II połowie lat 80. XX w. konsekwentnie realizowali wspólny projekt nowego porządku europejskiego, w wyniku którego Związek Sowiecki rozpadł się w sposób kontrolowany, a sowiecka strefa wpływów została zdemontowana. Logiczne jest, że w miejsce opuszczonej przez Sowiety  strefy mieli wejść Amerykanie. Efektem tego procesu jest m.in. III RP.

Trzeba jednak brać pod uwagę fakt, że w roku 1989 nowy układ sił w Europie nie był jeszcze klarowny i właśnie tę okoliczność należy przywołać na wytłumaczenie powstania porozumienia kilku państw środkowoeuropejskich nazwanego heksagonale. Na tę inicjatywę nie zareagowała Moskwa. Natomiast Niemcy zjednoczone w wyniku układu 2 + 4  z 12.09.1990 r. zaangażowały się w neutralizację heksagonale poprzez inspirowanie rozpadu Jugosławii. Jako pierwsze w wyniku ich działań usamodzielniły się Chorwacja i Słowenia. To był dopiero początek  krwawych zdarzeń na Bałkanach, gdzie o prawo dominacji upomnieli się Serbowie. Rozpad Jugosławii odbywał się za aprobatą USA, ale pewnie nikt nie spodziewał się, że dojdzie do wojny i wojennych zbrodni. Ostatecznie ówczesny prezydent B. Clinton w 1993 r. podjął decyzję o zbrojnej interwencji w celu przyspieszenia zakończenia wojny domowej. Stany Zjednoczone w tamtym czasie tak jak Niemcy nie chciały osobnej organizacji państw leżących między Niemcami a Rosją, więc ostatecznie idea heksagonale praktycznie przestała mieć znaczenie.

Pomysł  powołania do życia związku państw z Europy Środkowej należących do UE, a położonych  w obszarze między Niemcami a Rosją odrodził się za sprawą prezydenta A. Dudy pod nazwą Trójmorza. Tym razem  prezydent USA – D. Trump dostrzegł w tej inicjatywie  korzyść dla swojej polityki wyrażonej w haśle Make the America great again.

Sytuacja w Europie i na świecie w 2017 r.  jest inna niż 27 lat temu. Z UE zdecydowała się wyjść Wielka Brytania. Na bogate kraje Europy Zachodniej od 2015 r. trwa nieprzerwane najście migrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Słabnące gospodarczo Stany Zjednoczone zaś zauważyły, że Chiny rzuciły im wyzwanie w walce o prymat nad światem.

D. Trump po objęciu władzy zakwestionował oczekiwania Niemiec do rozciągnięcia  przez nie zwierzchnictwa nad Europą Środkową, tzn. także nad Polską. Kontynuuje więc politykę późnego B. Obamy, który swe początkowe pozwolenie na samodzielność polityczną Niemiec z 2009 r. cofnął w roku 2013 r.,  gdy zrezygnował z układu Rosja – NATO  zawartego w Lizbonie w 2010 r. W konsekwencji Polska spod wpływów niemieckich powróciła pod wpływy USA.  Wymagało to zmian na polskiej scenie politycznej. Podwójne zwycięstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości w 2015 r. byłoby niemożliwe bez  wsparcia amerykańskiego wywiadu, który zorganizował podsłuch rozmów polityków PO u Sowy i Przyjaciół i w urzędzie premiera D. Tuska, a ujawnienie części  taśm pomogło zmienić nastawienie społeczne do Platformy – sojusznika Niemiec.

D. Trump, który wygrał w USA wybory wbrew dominującym w USA lewackim poglądom w polityce, w mediach, na uczelniach  i, niestety, w głowach mnogich rzesz obywateli Stanów Zjednoczonych, którzy dali temu wyraz, idąc do urn. (D. Trump zwyciężył dzięki dwustopniowemu systemowi wyborczemu, a nie dzięki  liczbie swoich zwolenników). Nowy prezydent, który chce uczynić Amerykę znowu wielką i odwołuje się do wartości konserwatywnych (rodzina, naród, chrześcijaństwo) jako podstawy decydującej o tożsamości Zachodu, ma w Stanach rzesze zaprzysięgłych wrogów, a w Europie Zachodniej oziębłych politycznych współpracowników. Tymczasem jego przekaz trafia do ogromnej części nie tylko Polaków, ale Czechów, Słowaków, Węgrów, Chorwatów, czyli tych narodów, które są w UE, ale nie są zbyt rozwinięte i którym nie podoba się dominacja Niemiec. Idea Trójmorza – z definicji gospodarcza – odpowiada interesom zarówno USA jak i 12 krajom z naszego obszaru. Zapowiedziana współpraca gospodarcza z USA podnosi rangę – także polityczną – tego obszaru.

Czy ten związek państw stanowiący w Europie klin między Rosją a Niemcami i Francją ma szanse powodzenia? Tak, pod warunkiem, że Stany Zjednoczone nie porzucą idei Trójmorza na rzecz jakiejś odmiennej koncepcji. Ale w takim przypadku  może się znaleźć inny, daleki  protektor, np. Chiny.  Uważam więc, że  Trójmorze wylansowane przez prezydenta A. Dudę jest skazane na sukces.

Jest jeszcze jedna kwestia, która mocno wybrzmiała przy okazji wizyty D. Trumpa w Warszawie.  Sprawa współpracy wojskowej.  Skoro Amerykanie chcą nam sprzedać rakiety typu patriot dopiero za 5 lat, a rakiety te miałyby nas chronić przede wszystkim przed agresją rosyjską, to oznacza, że zdaniem Amerykanów niebezpieczeństwo ataku rosyjskiego na kraje objęte paktem NATO są bliskie zeru. Rudolph Giuliani, doradca D. Trumpa, wypowiedział się niedawno w telewizji w tym duchu, że W. Putin powinien się zreflektować, o co  mu właściwie chodzi. Amerykanie widzą słabość gospodarczą Rosji i nie traktują poważnie jej sadzenia się na mocarstwo. Należy sobie powiedzieć wprost, że w tej sytuacji nie jesteśmy dla USA Izraelem, któremu Stany do roku fundują uzbrojenie za 4 mld $. Nie, my mamy sobie  amerykańskie rakiety kupić.

D. Trump jako prezydent USA jest uzależniony w swych planach od pieniędzy, a te znajdują się w prywatnej Rezerwie Federalnej. Wprawdzie Trump w kampanii wyborczej wypowiedział się, że nie potrzebuje żydowskich pieniędzy, bo ma własne, ale już jako prezydent został już zapewne poinformowany, że własnych może mu nie starczyć na to, co chce zrobić, a poza tym przypomniano mu, kim są właściciele  banków, w których trzyma te  pieniądze. Krótko mówiąc, wszystko to, co zapowiedział D. Trump w Warszawie, będzie dobrze szło z korzyścią dla Polski i tej części Europy, dopóki mu nie zabraknie pieniędzy na jego plan uczynienia znowu Ameryki wielką. A jak pieniędzy zabraknie – jest pewne, że D. Trump zostanie zmuszony do powtórzenia polskim politykom żądań żydowskich o zapłacie przez państwo polskie 65 mld $ za pożydowskie mienie bezspadkowe, czyli takie, które nie ma żadnych spadkobierców, którzy mogliby się przed sądem upomnieć o swój majątek. Prezes Jarosław Kaczyński w opublikowanej na YouTube 2 marca 2017 r. wypowiedzi oświadczył, że nic o tych żydowskich żądaniach  oficjalnie nie wie, ale, niestety, nie  daję wiary w te słowa Prezesa. Najwidoczniej Prezes sądzi, że to już nie on będzie się mierzyć realnie z takim problemem.

 

Obecna ekipa rządząca Polska jednoznacznie postawiła na współpracę z USA w zakresie bezpieczeństwa. Rodzi się inicjatywa szerokiej współpracy gospodarczej. Czy to przyniesie oczekiwany efekt? Czy staniemy się bogatsi i bezpieczniejsi?  Sytuacja Polski na krótki dystans wygląda dobrze. Na tym tle zdumienie budzi aktywność totalnej opozycji politycznej całym sercem oddanej służbie w interesie Niemiec.

Wejście Polski do UE w dniu 1 maja 2004 r. w grupie 8 państw, które jeszcze niedawno leżały w sowieckiej strefie wpływów, wciąż jest traktowane jako wielki polski sukces. Wciąż dominuje narracja, w którym bogaty Zachód zrobił tym  nowo przyjętym do UE 8 państwom, w tym Polsce, jakąś łaskę, a przynajmniej uprzejmość.  Zupełnie zatarty jest przekaz o tym, że to „przyjęcie”  było realizacją planu Niemiec, aby rozciągnąć swój wpływ na Europę Środkowo-Wschodnią – chwilowo wolną od sowieckiego cienia. Realizacja tego planu jest sukcesem Niemiec,  za który te 8 państw, w tym Polska, płaci otwarciem własnych gospodarek na zachodni kapitał, w tym niemiecki. Słoną zapłatą za wejście do UE  jest uzależnienie głównie od Niemiec  naszej gospodarki i wyprowadzanie miliardów złotych z Polski poprzez sieci handlowe, które w Polsce się zainstalowały. Tzw. fundusze unijne, na które także Polska się składa,  są drobną rekompensatą, jaką UE nam przyznaje za prawo krajów „starej UE” do dojenia naszego kraju, a znaczna część tej rekompensaty i tak wraca do Niemiec, jak stwierdził niemiecki komisarz Günther Oettinger.

Bezpośrednie uzależnienie gospodarcze Polski od Niemiec to nie wszystko. Niemcy muszą dominować również w sferze symbolicznej poprzez niemieckie media, które pilnie realizują antypolską politykę rządu niemieckiego. Jest Komisja Europejska z takimi służalcami jak Juncker i Timmermanns, którzy  wykonują zadania postawione przez A. Merkel: Polska ma być posłuszna Brukseli (czytaj: Berlinowi).

Działania te stały się normą po objęciu władzy przez PiS. Ten antypolski front jest wspierany w Polsce przez znaczne rzesze cyników-geszefciarzy, półgłówków i pożytecznych idiotów spod politycznego znaku PO, Nowoczesnej, okresowo PSL-u, SLD, Razem, KOD-u, środowisk skupionych wokół GW, Onetu, WP,  Należy pamiętać o głównych reżyserach występów  „obrońców demokracji i praworządności”, czyli wojskowych z rozwiązanego we wrześniu 2006 r. WSI i ich wielotysięcznej agentury ulokowanej w środowisku prawniczym, politycznym, czy dziennikarskim. Dopóki osoby z tych środowisk były u władzy i czerpały korzyści materialne, a mówiąc wprost – dopóki mogły grabić Polskę, narzucały społeczeństwu swoją narrację o własnej genialności  i wyjątkowości. Kartka wyborcza w 2015 r.  odwróciła sytuację i pokazała w całej jaskrawości miernotę  umysłów tych środowisk. Ich dno moralne. Ich  zaprzedanie się Niemcom i oszalałą aktywność, aby znów przy pomocy ulicy i zagranicy „było tak, jak było”.

Niemcy po przegranych dwóch światowych wojnach, w których zaatakowały Rosję, są od 1945 r. zgodnie z zasadą Bismarcka największym sojusznikiem Kremla w Europie. Nie można dać się zwieść ich formalnym deklaracjom o przedłużaniu sankcji wobec Moskwy. Niemcy chcą robić z Rosją interesy i to determinuje ich strategię. Niemcy zawsze nas sprzedadzą, ponieważ są „ponad wszystko”. Zgoda na to, aby Niemcy globalnie objęły nas swoim parasolem, otwiera dla  Polski niebezpieczną perspektywę wiecznego podporządkowania interesom Berlina. PiS natomiast stawia na Stany Zjednoczone jako strategicznego sojusznika, dzięki któremu możliwe będzie balansowanie Polski jako względnie niepodległego państwa między Niemcami i Rosją.

 

Troja została zdobyta przez Greków dzięki podstępowi.  Grecy po 10-letnim bezskutecznym oblężeniu miasta udali, że odpłynęli do domu, pozostawiając w obozowisku drewnianego konia. Trojanie wyszli z miasta, aby naocznie stwierdzić, że wróg zniknął. Uznali konia jako budowlę sakralną ku czci Ateny pozostawioną przez Greków i wpadli na pomysł wprowadzenia konia w obręb murów miejskich. Jak wiadomo,  brzuch konia był pusty i skrywał 10 zbrojnych z chytrym Odyseuszem na czele. Nocą Grecy wyszli z brzucha konia i otworzyli bramy miasta, przez które wdarli się ich pobratymcy, którzy pod osłoną nocy wrócili. Rozpoczęła się rzeź trojan.

Homer podaje, że Troi nie można było zdobyć bez zgody samych jej mieszkańców.  Troja była bezpieczna, gdyż  ochraniała ją moc bogini wojny – Ateny. Kiedy trojanie postanowili wprowadzić konia do miasta, musieli zdjąć belkę znad bramy. Zdjęcie tej belki naruszało zamkniętą linię murów obronnych,  przerywało magiczny woal, jakim Atena chroniła miasto. To była ta „kropka nad i” nad losem Troi  podstawiona przez samych trojan.

 

Ta historia z mitycznej przeszłości ciągle się powtarza. Przeżywamy właśnie kolejną jej odsłonę.

Błękitny woal opasujący Europę został przerwany w wyniku wprowadzania demokracji przy pomocy bomb w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie. Zwykli ludzie uciekają przed przemocą – to wiadomo. Ta zrozumiała ucieczka Syryjczyków z kraju objętego wojną przerodziła się w zjawisko o ogromnej skali, które wykroczyło dawno poza faktyczną przyczynę.   Hidżra, czyli najście ciemnoskórych  ludów Azji i Afryki wyznania muzułmańskiego, jest zjawiskiem zorganizowanym i finansowanym przez kraje arabskie i tajemniczą finansjerę,  dla której szyldem jest   G. Soros.  To jest ten nowy koń trojański, który został zaproszony do Niemiec 5 września 2015 r. przez A. Merkel.   To jest ten koń, który po zamknięciu przez Turcję szlaku lądowego przez Grecję wręcz jest transportowany przez Morze Śródziemne przez włoską i hiszpańską straż przybrzeżną. Ledwie  pontony z migrantami odbiją od brzegów Egiptu i Libii, a już Włosi „ratują” tych, co do pontonów wsiedli.

Zgodnie z logiką wydarzeń opisanych przez Homera w „Iliadzie” koń trojański jest symbolem zagrożenia i śmierci. Trojanie zostali wymordowani przez Greków. Troja spłonęła, jej mury rozsypały  się  i zniknęły przykryte piaskami.

Czego chcą przybysze przychodzący do Europy ze swoją średniowieczną kulturą? Tego, co zawsze na ziemi wroga: pieniędzy i przyjemności. A następnie wprowadzenia swoich porządków.

Za takim scenariuszem w UE opowiadają się  Niemcy. Jak zwykle wszystko wiedzą lepiej i wymagają posłuszeństwa od uboższych i – w domyśle – głupszych. Chcą, aby Polacy tańczyli, jak oni zagrają. Na tę muzykę są jak dotąd wrażliwi nasi totalni folksdojcze – od jesieni 2015 r. przebierający niecierpliwie nogami.

 

CO SIĘ ZMIENIŁO?

Kurier Płocki z 13 maja 1922 r. zamieścił korespondencję z Sierpca o obchodach święta 1 Maja i 3 Maja.

            1 Maja to „tzw. Święto robotnicze” – pisze korespondent. Tego dnia uformował się pochód liczący około 800 głów, „z przewagą żydostwa”. Po przemarszu przez miasto pochód zatrzymał się gdzieś w okolicy obecnej Wiosny Ludów i zaczęły się przemowy. „Znamienną rzeczą dla PPS jest to, że jako pierwszy przemawiał żyd, akademik, niedowarzony młodzieniec, który starał się udowodnić, że Bóg i Ojczyzna to są przeżytki”.

            W pochodzie przeważali Żydzi, więc wizja takiego porządku społecznego  światowego bez ojczyzn i bez Boga (w domyśle – Boga chrześcijan) im odpowiadała. Niestety, w pochodzie zorganizowanym przez PPS brali udział także „włościanie zgrupowani w Związku zawodowym robotników rolnych”, czyli podsierpecka biedota wiejska. Z pewnością hasło upaństwowienia ziemi było im bliskie, ale „gdy żyd zaczął pluć na religię katolicką, oburzeni, zaczęli szemrać i padło hasło „precz z żydami”.

            A finał zdarzenia: „Kto wie, czyby  się uroczystość nie zakończyła rękoczynami, gdyby nie to, że odważni żydzi się prędko wycofali”.

            Tego dnia zdarzyło się jeszcze coś. Otóż, w pierwszej czwórce pochodu PPS-u szedł urzędnik z sierpeckiej skarbówki i „starał się głośno śpiewać, że nadejdzie jednak dzień zapłaty”. Zachowanie urzędnika skomentował korespondent stwierdzając, że „nie ganimy tego, jakie ktoś ma przekonania polityczne, lecz zdaje się, że urzędnik, manifestujący z obałamuconymi robotnikami, zasługuje na to, żeby mu zapłacono: śmiechem politowania. Trzeba, aby urzędnik nawet najniższy umiał  szanować godność stanu urzędniczego”.

            3 Maja to jak wiadomo rocznica uchwalenia Konstytucji z 1791 roku, pierwszej republikańskiej konstytucji w Europie, drugiej na świecie.

            Obchody rocznicy Konstytucji 3 Maja w Sierpcu świętowało według szacunków korespondenta Kuriera Płockiego około 3000 osób. „Od wczesnego rana ruch jakiś świąteczny w uroczystym nastroju. Zewsząd śpieszą szkoły, stowarzyszenia i cechy ze sztandarami na Mszę św. do klasztoru. Na ulicach harcerze i harcerki sprzedają znaczki, kokardki w barwach narodowych  na cele harcerstwa. Domy, balkony, okna udekorowane dywanami, obrazami i zielenią”. Zaczęło się od mszy św. w klasztorze. Potem z klasztoru ruszył pochód  przez miasto. Na rynku przemówił prefekt miejscowego gimnazjum. Następnie zebrani odśpiewali Rotę i rozeszli się do domów.

            Nie był to jednak koniec świętowania. Młodzież „obu naszych szkół średnich” zorganizowała występy artystyczne, czyli „deklamacje, śpiewy i obrazek sceniczny na tle powstania r. 1863 pt. Nieskończony bój. Dyrektor gimnazjum przemówił, wspominając 100 rocznicę wydania pierwszego tomu dzieł Mickiewicza i wychodząc z myśli Ody, nawoływał do zgody i jedności”.

            Korespondent Kuriera Płockiego nie pisze, gdzie się te występy odbyły, choć odnotowuje, że publiczność przybyła tłumnie. Uwagę korespondenta  zwróciła absencja sierpeckich urzędników wśród zebranych. Przybyło ich zaledwie kilku na „przeszło 100” – w domyśle zatrudnionych w Sierpcu. Korespondent docieka przyczyn tego stanu rzeczy. Prawdopodobnie, aby obejrzeć występ  młodzieży, trzeba było opłacić wstęp, albo włożyć jakąś kwotę do puszki.  Urzędnicy nie przyszli na występ, ponieważ „stan materialny urzędnika jest taki, że nie może sobie pozwolić na wydatek 200-500 mk., albo jest to raczej bardzo smutnym objawem charakteryzującym naszych  urzędników mających dość pieniędzy na śniadania i kolacyjki”.

            Urzędnicy, którzy nie raczyli przybyć na występy młodzieży, to jedno. Gorzej, że miejscowe nauczycielstwo ze szkół powszechnych (podstawowych) było reprezentowane tylko przez jedną panią. Do tego – na występy nie przyszła polska młodzież szkolna. Natomiast młodzież żydowska – jak najbardziej.

            Korespondent kończy konkluzją: „Smutne to objawy na gruncie małego miasteczka, gdzie taki brak zaspokojenia kulturalnych potrzeb inteligentnego człowieka”. A przecież występy gimnazjalistów były  propozycją kulturalną  dla sierpczan.

            Od tamtych wydarzeń odnotowanych w Kurierze Płockim upłynęło 95 lat, czyli prawie wiek. Licząc skromnie  – 5 pokoleń. Chwilowo nie organizuje się w Sierpcu pochodów pierwszomajowych, ale  idea porządku światowego bez ojczyzn i bez Boga wciąż jest żywa. Czyli komunistyczna wizja szczęścia na ziemi, gdzie wszyscy ludzie będą braćmi złączonymi wspólnotą jedzenia, picia i swobodnego kopulowania. Najpierw próbowali obdarzyć nas tym szczęściem towarzysze sowieccy i ich polskojęzyczni poplecznicy. Szczęście miało wszystkim dać państwo, które było głównym właścicielem i pracodawcą, miało monopol na kształcenie i rozrywkę oraz dysponowało aparatem represji. Ta próba nie udała się. System komunistyczny w wersji wschodniej upadł około roku 1990.  Czerwona zaraza jednak  w międzyczasie rozwinęła na liberalnym Zachodzie  pod sztandarem poprawności politycznej, która inną nieco drogą prowadzi do  podporządkowania „wolnych jednostek” wszechmocnemu państwu o nazwie Unia Europejska  mającemu wyraźny niemiecki stempel.

            Uwagi korespondenta Kuriera Płockiego na temat postaw sierpeckich urzędników, nauczycieli (przedwojennej inteligencji) są dla nas zrozumiale. Minie niebawem sto lat od tamtych wydarzeń i niezmiennie tkwimy w tym samym klimacie. Ktoś, kto ma wyższą pozycję społeczną  z racji urodzenia, zatrudnienia czy zgromadzonego majątku,  popada w wygodny egoizm. Okazuje się, że w Sierpcu AD 2017 jesteśmy spadkobiercami długiej i mocnej rodzimej tradycji.

JAK NIE KIJEM, TO PAŁKĄ.

Nie cofną swych ustaleń w Douville z września 2010 r.  N. Sarkozy, A. Merkel i D. Miedwiediew, w następstwie których  w północnej Afryce obalono miejscowych dyktatorów i na drodze przemocy  „wprowadzono demokrację” w Tunezji, Libii i Egipcie. Nie cofnie swych decyzji B. Obama o zaangażowaniu Stanów Zjednoczonych w obalanie Bashara al-Asada w Syrii i „wprowadzanie” w tym kraju „demokracji” przy pomocy bomb. Nie cofnie swej decyzji J. Bush jr o ataku na Irak rządzony przez Saddama Husseina.

Następstwem radosnej twórczości konkretnych polityków w XX i XXI wieku został zdestabilizowany Bliski Wschód i północna Afryka.   Ta destabilizacja jest efektem realizacji światłej idei, aby wszędzie na świecie obowiązywał jedynie słuszny ustrój liberalno-demokratyczny pod tęczową flagą LGBTQ.

Destabilizacja Bliskiego Wschodu i Afryki przeniosła się do Europy w postaci zorganizowanej wędrówki tamtejszych ludów. Ponieważ ludność ta jest w przytłaczającej części wyznania muzułmańskiego, przemieszczanie się jej do Europy to według islamu  tzw. hidżra, czyli pokojowe najście i zajmowanie ziemi niewiernych, czyli kafirów, dla wyznawców Mahometa. Ci wyznawcy w przytłaczającej masie są funkcjonalnymi analfabetami, przybywają do bogatych krajów Europy nie z obawy przed wojną u siebie, ale dla poprawy standardu życia. Wypłacany we Francji czy Niemczech socjal traktują jako dżizję, czyli podatek, jaki muzułmanom po prostu należy się od niewiernych.

Muzułmanie z Afryki i Bliskiego Wschodu dodani do tych, którzy już mieszkają na Zachodzie, stanowią zaplecze dla wysadzających się dżihadystów.  Ginący w zamachach  niewinni ludzie na ulicach miast Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii jak dotąd nie robią większego wrażenia na elitach rządzących tymi krajami. Skąd bierze się taka postawa?

Jest to wynik kalkulacji, jaką przeprowadzają  zachodnie elity zarażone ideologią marksistowską. Ideologia ta głosi wyzwolenie człowieka od wszystkiego: od rodziny, od narodu, od wiary w Boga, nawet  od płci, którą można wybierać i zmieniać. Totalne wyzwolenie człowieka prowadzi do tego, że ma być on pozostawiony sam sobie i  nie musi odpowiadać za nic. Tak ma wyglądać królestwo lewackiej szczęśliwości zbudowane na ziemi.

Walka o wolność człowieka, jaką toczą zachodnie elity,  wymaga ofiar. Muzułmanie są sojusznikami zachodniego lewactwa w tej walce. Terroryzm islamski, którego doświadcza paryska czy londyńska ulica,  inspirowany religijnie, jest przez zachodnie elity traktowany jako zjawisko przejściowe. Ich zdaniem islam tak samo zmurszeje  jak zmurszało w Zachodniej Europie chrześcijaństwo. Wystarczy tylko poczekać, bo żadna religia nie oprze się potędze wizji wygodnego, egoistycznego życia. Dziś wprawdzie muzułmanie przejmują się prawem Koranu, ale jutro zmienią nastawienie i także będą maszerować pod tęczową flagą.

Moim zdaniem perspektywa świetlanej przyszłości dla ludzi-puzzli, jaką kreują zachodnie elity, jest fałszywa.

Kraje demokracji ludowej  już przeszły tresurę zafundowaną po II wojnie światowej przez Sowiety. Rosyjscy komuniści zainspirowani Marksem i Engelsem po zwycięskiej rewolucji październikowej 1917 r. prowadzili eksperyment z uwalnianiem ludzi od wszelkich zależności: od własności przez jej odebranie, przez wykorzenienie religijne, przez zanegowanie znaczenia rodziny, przez zanegowanie wartości indywidualnego życia. Wychowaniem nowego człowieka zajmowały się wszystkie instytucje państwowe. Po II wojnie proces wychowawczy Sowieci rozszerzyli na mieszkańców podległych  im państw, w tym PRL. Sowieci budowali bowiem  królestwo szczęśliwości na ziemi dla nowych ludzi. Budowa tego królestwa na przełomie lat 80.i 90. XX w. załamała się.

Zachód, który niespodziewanie przesunął swe granice po upadku Kraju Rad,  realizuje ten sam sowiecki program wychowania nowych ludzi. Metody wychowawcze, jakie wykorzystuje, są o wiele bardziej skuteczne niż to, co wymyślili towarzysze radzieccy.

Z deszczu trafiliśmy pod rynnę.